Dzień na który tak czekałam rozpoczął się już o 5:00 rano, bo w końcu kiedyś musiałam się spakować. Mimo tak wczesnej pory czułam się świetnie, słoneczko już pięknie świeciło a rześki poranny wiatr dodał mi sił i czym prędzej pobiegłam na autobus. Należałam do jednych z pierwszych uczestników naszej wyprawy którzy przybyli na miejsce spotkania... Pomału przybywało nas i z coraz większą niecierpliwością oczekiwaliśmy dr Pilawskiego bez którego spływ nie odbyłby się. Wpatrując się w każdy nadjeżdżający autobus zauważyłam doktora co natychmiast spowodowało uśmiech na mojej twarzy. Nie zastanawiając się wyciągnęłam rękę z kieszeni i pomachałam w kierunku doktora. Mój znak został zauważony i grupka ludzi stercząca z tobołami przed stacją benzynową została zauważona. To był nasz pierwszy sukces zwany szczęściem początkującego, na kolejny musieliśmy niestety trochę poczekać.
A wszystko zaczęło się od nieszczęsnego autobusu,który nie przyjechał. Tzn. my myśleliśmy, że nie przyjechał ale on był o czym dopiero dowiedzieliśmy się po godzinie nerwowego oczekiwania. Po prostu małe zamieszanie, złe poinformowanie kierowcy o trasie jazdy przez biuro przewoźnicze no i tylko brak przygotowania kierowcy do tak dalekiej podróży.
Ale kto by się poddał takim przeciwnością, przecież nie ludzie którzy już za parę godzin mieli się zmierzyć z potęgą natury. W miarę szybko i sprawnie zapakowaliśmy sprzęt i oczywiście swoje pupy w autokar i z uśmiechem na twarzy wyruszyliśmy przemierzać Polskę południową, by móc wreszcie spełnić swoje marzenia. Ale już po kilkunastu kilometrach zaczęły się problemy... Okazało się, że kierowca nie miał pieniędzy na autostradę. Na szczęście poinformowała nas o tym w miarę wcześnie i kto miał to wyłożył, te parę złotych. Po kolejnych paru kilometrach okazało się iż benzyna nam się kończy i też trzeba kupić,ale za co? W tym przypadku uratował nas doktor Pilawski który wyłożył trochę większą sumę. Dalsza podróż była bardzo przyjemna i bezstresowa ponieważ nikt już o nic nie musiał się o nic martwić.
A doktor umilał nam czas podróży jak tylko potrafił. Opowiadał ciekawe historie, śmieszne kawały ale nie zapominał ani na chwilę, że jesteśmy studentami turystyki czyli tak, że rządni wiedzy z tego zakresu... Były dwa postoje na stacji benzynowej dzięki którym każdy mógł wypróżnić z siebie zbędne płyny, a przy okazji zaopatrzyć się w niezbędny ekwipunek, ale to według indywidualnych potrzeb. Mieliśmy jeszcze jeden przystanek który wykorzystaliśmy robiąc zdjęcia na łonie natury-piękna polana z widokiem na Tatry. Taki widok urzekł każdego nawet pozornie mało zainteresowanych kolegów. To był nasz ostatni przystanek więc nie trwał zbyt długo.
Na miejsce czyli do miejscowości Sromowce Wyżne dotarliśmy o godz. 12:00 i pierwszą czynnością jaką należało wykonać było zarejestrowanie naszego spływu. Jest to bardzo ważna rzecz o której nie wolno zapomnieć przy tego rodzaju imprezie.
Wreszcie rozpoczęły się konkretne przygotowania polegające na przygotowaniu sprzętu do właściwego użytkowania czyli przeniesienie pontonów we właściwe i bezpieczne miejsce oraz napompowaniu ich. W tym przypadku lepiej radziły sobie dziewczyny, które szybko uporały się z dmuchaniem. Uczestnicy też musieli się odpowiednio przygotować jedni bardziej drudzy mniej. Kiedy już pontony zostały przygotowane, wybrańcy ubrali się w super nieprzemakalne spodnie z butami najprawdopodobniej dla ochrony ciała przeciw atakowi chemicznemu. Wyglądaliśmy w tych strojach jak przybysze z innej planety, ale naprawdę spełniły swoją rolę jak później się o tym przekonałam.
Po godzinnych przygotowaniach nastąpiło szybkie szkolenie całej załogi i tak długo oczekiwana chwila czyli przeniesienie pontonów na wodę.





