Mieliśmy dużo czasu by wsłuchać się w odgłosy natury szumiącej wody, pięknego śpiewu ptaków, odgłosów wiatru przedzierającego się gwałtownie przez tak cudownie kolorowy las i te rozpościerające się nad nami skały. Byliśmy naprawdę zachwyceni tym co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy. Nie raz pod wpływem silnego zachwytu i napływu tak ogromnych emocji zatrzymywał nam dech w piersiach. Chwile milczenia przerywał doktor snując opowieści i legendy o tych cudownych miejscach.
Jedną z naszych większych atrakcji tej wyprawy był deszcz. Tak deszcz, nie pomyliłam się. On dodawał nam sił i pomagał uwierzyć w siebie. Gdy zaczęło lać od razu szybciej machaliśmy wiosłami i wtedy myślałam sobie, że przecież dam sobie radę, nie poddam, wytrzymam... I tak dotrwaliśmy do końca, ale oczywiście końca deszczu, a nie naszej przygody. Przygoda dopiero zaczynała się coraz częściej pojawiały się porywiste odcinki trasy co wymagało od nas większego skupienia i połączenia, a przede wszystkim dogrania swoich sił co w moim przypadku nie było takie łatwe. Nie raz pod wpływem silnego zmęczenia nie potrafiłam odróżnić słów które kierowała do mnie załoga i zamiast kontra machałam wiosłami do przodu i wtedy to przeżywaliśmy chwile grozy. Na szczęście w takich chwilach doktor przejmował ster widząc przerażenie w oczach. Ratował nasze życie za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczne.
Deszcz nas na długo nie opuścił a raczej przyprowadził z sobą do towarzystwa błyskawice i grzmoty. Silny wiatr zaś nie ułatwiał nam pracy wiał prosto na nas co zwiększało naszą czujność. Nasza załoga miała jednak szczęście patrząc na inne pontony. Widząc tych biednych ludzi na sąsiednich pontonach, zmarzniętych, doszczętnie przemoczonych, wylewających z pontonu wodę za pomocą kartonika po soku lub nawet szmatą i do tego ledwo utrzymujących równowagę byliśmy zszokowani. Co natura i ludzka ciekawość jak i odwaga może zrobić z człowiekiem. Żal serce ściskał ale nie mieliśmy wyjścia trzeba było płynąć dalej.
Najcięższy był ostatni odcinek naszej trasy zmęczeni głodni nie mieliśmy sił skupić na niczym innym uwagi jak tylko na marzeniach o smażonej kiełbasce, gorącej herbacie i wygodnym łóżku. Nasze marzenia stawały się rzeczywistością gdy naszym oczom ukazał się most z trzema przęsłami. ?To koniec? krzyknęła Dorota, serce zaczęło bić mi szybciej, byłam podekscytowana. Nie zważałam już na to, że jeszcze przed chwilą nie miałam sił wydusić z siebie słowa, a teraz włączyłam piąty bieg i już po chwili cała załogą znalazła się na brzegu. W tym momencie nikt o niczym innym nie myślał byle by jak najszybciej znaleźć się w autobusie i zjeść. Chociaż wtedy nasze kanapki nie wyglądały najlepiej, po całodniowym przebywaniu w starannie zawiniętym papierku i woreczku smakowały znakomicie. Po czterech godzinach tak ogromnego wysiłku nikt nawet nie marudził. Dwóch najsilniejszych kolegów wraz z doktorem pospiesznie poskładali pontony, niestety reszta uczestników była jeszcze w szoku po tak długotrwałym przebywaniu na wodzie.
Podróż powrotna przeleciała nam bardzo szybko i mimo, że większość z nas nie miała sił nikt nie zasnął. I w drodze powrotnej doktor umilał nam czas, tym razem skupił się na opowiadaniu, gdyż pokazywać już nie miał za bardzo co. By skupić naszą uwagę organizował różne konkursy, a wszyscy się rwali do odpowiedzi niestety kto pierwszy ten lepszy. A rywalizacja naprawdę była zacięta pomiędzy grupami. I tak miło i przyjemnie dobrnęliśmy do końca naszej jednodniowej przygody.
Na zakończenie mogę dodać, że naprawdę WARTO!!!!!!!!
Nikt na tym nie traci a jedynie może zyskać....
Jola Więcek





